fbpx
Bernard Lipiński

Cosplay – sesja kostiumowa w plenerze

W poprzednim wpisie wspominałem o tym, że styczeń od strony fotograficznej zaczął się bardzo intensywnie. Mamy już połowę lutego, mimo to jednak warto opowiedzieć o jeszcze jednej sesji, która wydarzyła się w pierwszym miesiącu tego roku. Tym bardziej, że jak na mnie była mocno nietypowa.

Będąc pasjonatem oglądam ogromne ilości zdjęć. Między innymi też sesje kostiumowe, ponieważ lubię fantastykę. Mimo, że zwykle były to fajne realizacje, u siebie czegoś takiego nie widziałem. Przynajmniej do niedawna. Stało się jednak pewnego dnia tak, że odpowiedziałem na sygnał puszczony przez Zuzannę Klamczyńską, działającą pod szyldem Najro.Art – https://www.instagram.com/najro.art. Zuzia zajmuje się projektowaniem różnego rodzaju wymyślnych stylizacji. Sami zobaczcie, ma naprawdę fajne pomysły. Poszukiwała do współpracy osoby, która zrealizowałaby sesję z nią i jej ogromnym, białym owczarkiem Tori. Zwykle przechodzę obok takich rzeczy obojętnie, jednak w tym przypadku coś zaskoczyło. Prawdopodobnie była to zwyczajnie chęć zrobienia czegoś nowego, innego. Oglądając zdjęcia przeróżnych stylizacji na jej profilu w głowie powoli rysował mi się plan, jak mogłaby wyglądać taka sesja w moim wykonaniu. Mój odzew spotkał się z pozytywnym przyjęciem i dość szybko uzgodniliśmy szczegóły dotyczące stroju, miejsca i czasu. Tak więc powoli już zacierałem ręce, bo wiedziałem, że zapowiada się coś wyjątkowego. W głowie miałem kadry jakie chciałem zrobić. Wiedziałem też, jak to ma wyglądać od strony oświetlenia. I o tym teraz kilka słów.

Acha, pies został w domu. 

W plenerze używam przeważnie światła naturalnego. Od jakiegoś czasu jednak coraz bardziej rosła we mnie chęć zmiany tego stanu rzeczy. Tym bardziej, że stosując odpowiednie, bardzo proste sztuczki można uzyskać naprawdę fajne rezultaty. I taki był plan na opisywaną sesję. W jego realizacji miał mi pomóc filtr szary Hoya ProND 100, dzięki któremu planowałem zgasić słońce. Natomiast naturalne światło zamierzałem zastąpić opisanym w poprzednim wpisie zestawem lamp. Zachęcam do lektury.

Sesja miała się odbyć w lesie, niedaleko mojego miejsca zamieszkania. Stylizacja była inspirowana strojami indiańskich myśliwych. Przypominam, że to był styczeń, więc środek zimy. Inna rzecz, że temperatury nie były typowo zimowe. Patrząc jednak na zdjęcia stroju miałem pewne wątpliwości czy modelka da radę pozować, wychodząc z tego bez zapalenia płuc.

Spotykając się w ustalonym wcześniej punkcie, o ustalonej wcześniej godzinie, poszliśmy w las gdzie dość szybko wypatrzyliśmy idealne miejsce do zaplanowanych zdjęć. Przystąpiłem więc tradycyjnie do rozstawiania świateł, co akurat nie było najprostsze na świecie przy miękkim gruncie. Ostatecznie jednak sprzęt trzymał się stabilnie.

Na obiektyw nakręciłem filtr i rozpoczęliśmy próbę ognia. W tych warunkach ND100 okazał się filtrem zbyt mocnym. Oczywiście pięknie zgasił słońce, jednak już przy pełnym otworze przysłony (f/1,4 – bardzo duża światłosiła) zmusił mnie do podkręcenia parametrów w aparacie, a lampy musiały pracować na pełnej mocy. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Już po pierwszych zdjęciach widać było, że efekty są rewelacyjne. Słońce było schowane za chmurami, więc można było błyskać bez przeszkód. Około południa najjaśniejsza gwiazda naszego nieboskłonu wyszła zza chmur. Nie zrobiło to jednak wielkiej różnicy poza tym, że można było zrobić zdjęcia przy wyjątkowo ładnym świetle naturalnym oraz połączyć je z błyskiem lamp. Wyszło cudnie. Dokładnie rzecz biorąc, fantastycznie.

Podsumowując całość, miałem na planie doświadczoną i kreatywną modelkę. Ponieważ też lubię fantastykę i dzięki temu miałem już zaplanowane kadry oraz ogólny klimat sesji, z łatwością się dogadaliśmy w tej kwestii. Miejsce było doskonałe, a warunki wyjątkowo sprzyjające. Oczywiście nie wolno zapomnieć o ciekawej stylizacji. Było dokładnie wszystko to, czego potrzeba do stworzenia świetnych zdjęć.

Po trochę więcej niż godzinie fotografowania mieliśmy już całkiem ładny zestaw kadrów, z których spokojnie było co wybierać do publikacji. Pozostało jeszcze kilka do zrealizowania, więc temat nie był wyczerpany. Wyczerpywał się za to akumulator w moim sprzęcie. O takie rzeczy jestem zawsze spokojny, ponieważ noszę ze sobą dwa dodatkowe, więc prądu zabraknąć nie może. Bezstresowo pracowaliśmy dalej, a gdy aparat ostatecznie się wyłączył, sięgnąłem do plecaka po drugi akumulator. No i niespodzianka, pusto. W jednej, drugiej kieszeni. Trzeciej też. A byłbym w stanie dać sobie rękę uciąć, że baterie przygotowałem do spakowania. No właśnie, przygotowałem… I tak, w momencie, gdy pracowaliśmy już na pełnej mocy trzeba było sesję skończyć. Czego jak czego, ale prądu w lesie nie ma. Upewniajcie się zawsze, że macie ze sobą dodatkowe akumulatory.

Tak więc do tematu jeszcze wrócimy, a tymczasem zapraszam do galerii.